Publikacje

22.08.2012 | autor: Marian Piłka

Nasz Dziennik - Marian Piłka: Saska recydywa

Bronisław Komorowski nie jest zainteresowany wypełnianiem powinności przywódczych w naszym państwie. Jego rezygnacja z prowadzenia polskiej polityki na rzecz rządu jest sprzeczna z Konstytucją, bo nawet ograniczone kompetencje konstytucyjne głowy państwa nie zwalniają go z obowiązku narodowego przywództwa.





Tak jak August III



Przy okazji drugiej rocznicy prezydentury Bronisława Komorowskiego jego apologeci podkreślali styl, w jakim sprawuje on władzę. Henryk Wujec stwierdził nawet, że ta prezydentura odpowiada zapotrzebowaniu na "swojskość", którą demonstruje lokator Belwederu.



Problem w tym, że Polsce potrzeba nie tyle swoistej politycznej psychoterapii, a realnego przywództwa. Mieliśmy bowiem w naszej historii władcę, który być może nawet lepiej niż Bronisław Komorowski odpowiadał na psychiczne zapotrzebowania ówczesnych Polaków. Był nim August III Sas, który był tak lubiany i popularny, że blisko 30 lat po jego śmierci w Konstytucji 3 maja uznano jego potomków za dynastię panującą w naszej Ojczyźnie.



Ale tej popularności towarzyszyła swoista impotencja polityczna. Był to czas, w którym Rzeczpospolita faktycznie nie prowadziła polityki, a król zredukował swoje obowiązki do rozdawnictwa królewszczyzn. Król nie drażnił szlachty, a zwłaszcza magnatów, reformami państwa, tak przecież dzielącymi Naród. Nie proponował usprawnienia Sejmu ani wzmocnienia armii. Nie wysuwał żadnych propozycji nowych sojuszy ani samodzielnej polityki zagranicznej, bo Polskę otaczały przecież same sprzymierzone potęgi, a nasz kraj nikomu nie zagrażał.



Głoszono ideologię o najlepszych czasach, w jakich może istnieć Rzeczpospolita. Za to błogie samozadowolenie i niechęć do "dzielących" Polaków reform kochano Augusta. Ale ta miłość skrywała w sobie największą bezmyślność, jakiej nasz Naród doświadczył w swej historii. Odrodzenie polityczne, które później przyszło, nie było już w stanie nadrobić straconego czasu. Los państwa rozstrzygał się przede wszystkim wówczas, gdy ówczesne warstwy rządzące upajały się samozadowoleniem z własnej pozycji i pozornej potęgi Rzeczypospolitej.



Dziś jesteśmy świadkami swoistej recydywy saskiej. Polska, podobnie jak w czasach Wettinów, "nierządem" stoi, przeżywając kryzys narodowego przywództwa, które nie polega na walce o mandaty parlamentarne, stanowiska rządowe czy stanowisko prezydenta, ale na wyznaczaniu kierunków narodowego rozwoju, systematycznym wysiłku odczytywania i definiowania długofalowych wyzwań.





Milczenie prezydenta



Najbardziej widocznym przejawem zaniku narodowego instynktu samozachowawczego jest polityka likwidacji narodowej waluty. W sytuacji, gdy jedynie złoty uratował naszą gospodarkę od recesji i gdy nie tylko w zagrożonych trwałym spadkiem gospodarczym w południowych krajach Unii, ale także w Finlandii, a nawet w Niemczech pojawiają się pomysły przywrócenia narodowych walut, Donald Tusk przyspiesza przygotowania do wprowadzenia Polski na pokład walutowego "Titanica", jakim jest euro.



Gdy premier proponował w 2008 roku likwidację złotego, wówczas można było te zapowiedzi traktować jako przejaw analfabetyzmu ekonomicznego. Obecnie dążenie do wprowadzenia Polski do euro jest objawem groźnego szaleństwa. I w tej sytuacji Bronisław Komorowski nawet nie zabiera głosu. Nie broni konstytucyjnej wartości, jaką jest polska waluta. Nie broni polskiej gospodarki. Prezydent jest po prostu nieobecny.



Tę pozorną prezydenturę charakteryzuje zwłaszcza promowanie pastiszowego, kotylionowego patriotyzmu, wyrażającego się w próbie zawłaszczenia Marszu Niepodległości. Prezydent ze swego urzędu jest powołany do budowania narodowej wspólnoty, do promowania moralnego i narodowego odrodzenia, do przezwyciężania objawów kryzysu patriotyzmu.



Budowaniu wspólnoty ma służyć nie tylko czczenie narodowych rocznic i narodowych bohaterów, ale przede wszystkim wskazywanie godnych ich wysiłku i bohaterstwa ideałów narodowej polityki. Czczenie bohaterów i jednocześnie prowadzenie sprzecznej z ich ideami polityki jest w rzeczywistości - tak jak w czasach komunistycznych - niszczeniem patriotyzmu. A podstawianie patriotycznych emocji pod legitymizowanie sprzecznej z nimi polityki jest w rzeczywistości niszczeniem narodowej wspólnoty.



To próba zawłaszczenia patriotyzmu, analogiczna do PRL-owskiej polityki faktycznego zohydzania postaw patriotycznych. PRL-owski kryzys patriotyzmu wynikał właśnie z prób zawłaszczenia go do legitymizacji komunistycznej polityki. Pastiszowy patriotyzm proponowany przez prezydenta ma służyć zablokowaniu coraz bardziej widocznego w młodym pokoleniu odrodzeniu postaw, emocji, ale także i polityki opartej na wartościach narodowych. To polityka uderzająca w aspiracje narodowej samodzielności i podmiotowości. To coś bardziej groźnego niż bezmyślne wytracanie niemożliwego do odrobienia czasu w dobie saskiej. To aktywna postawa narodowej demobilizacji w obliczu narastających zagrożeń.





Demograficzna katastrofa



Najbardziej odczuwalnym przejawem zaniku instynktu samozachowawczego naszej cywilizacji jest forsowanie uniformizacji i etatyzacji europejskiej gospodarki w ramach integracji gospodarczo-walutowej. Unia przestaje pełnić rolę płaszczyzny niekonfrontacyjnego i kooperacyjnego rozwoju własnych narodowych gospodarek, a staje się barierą w ich rozwoju. Zaś polityka Angeli Merkel, Francois Hollande´a, a także ich polskich popleczników, prowadzi nie tylko do gospodarczego upadku naszego kontynentu, ale także do pogrzebania projektu europejskiej współpracy opartej na równości państw i poszanowaniu ich podmiotowości.



Obecny prezydent i rząd nie tylko nie potrafią odpowiedzieć na te oraz inne wyzwania zagrażające przyszłości, a nawet samemu istnieniu naszego Narodu, ale współczesne przywództwo państwowe nie jest w stanie tych wyzwań zdefiniować i - co gorsza - stało się ono promotorem polityki zagrażającej naszej przyszłości.



Do czasu uzyskania przez obóz platformerski prezydentury państwowe przywództwo cechował brak jakichkolwiek samodzielnych działań prowadzący do dryfowania państwa, do wytracania narodowej siły. Polityka państwa ograniczała się jedynie do tzw. modernizacji, czyli mniej lub bardziej udolnego dostosowania polskiej gospodarki i polskiego państwa do potrzeb - pod parawanem polityki "europejskiej" - głównie niemieckiej gospodarki i niemieckiej polityki.



Rezygnacja z samodzielności i podmiotowości w wymiarze europejskim, zdefiniowana w wystąpieniach ministra Radosława Sikorskiego, nie ogranicza się tylko do zgody na budowę europejskiego superpaństwa, ale także akceptuje, poprzez brak aktywnego przeciwdziałania, niszczenie chrześcijańskiej tożsamości naszego kontynentu. To nie tylko zagrożenie cywilizacji europejskiej.



Polska jako wspólnota, jak to niegdyś sformułował Julian Klaczko, nie przetrwa we wrogiej aksjologicznie Europie. Polityka akceptacji niszczenia moralnego i kulturowego dziedzictwa chrześcijaństwa, wyrażająca się w promowaniu związków partnerskich, niszczeniu życia, promocji demoralizacji i innych wrogich chrześcijaństwu aktów prowadzi do unicestwienia zarówno europejskiej, jak również polskiej tożsamości. Obecne przywództwo państwowe III RP nie tylko akceptuje ten cywilizacyjny rozkład w Unii, ale jest promotorem antyrozwojowych działań w płaszczyźnie narodowej.



Podobnie jest z zagrożeniem demograficznym. W tym wymiarze podejmowane są jedynie pozorowane działania wynikające z interesu wyborczego. Jesteśmy jeszcze w stanie uratować Polskę przed katastrofą demograficzną. Polki w Wielkiej Brytanii rodzą znacznie więcej dzieci niż w Polsce. Ta zapaść demograficzna jest spowodowana barierą materialną uniemożliwiającą posiadanie polskim rodzinom więcej dzieci. Polityka prorodzinna obecnego państwowego przywództwa sprowadza się do likwidacji ulgi podatkowej na pierwsze dziecko dla części polskich rodzin, czyli do wzrostu materialnej bariery przy posiadaniu dzieci, promowania związków homoseksualnych i zabiegania o intratne stanowiska dla własnych krewnych. Przy tej polityce za dwadzieścia parę lat wszyscy będziemy pozbawieni emerytur, a polska gospodarka wpadnie w korkociąg recesyjny.





Odrodzenie w upadku



To narody są podmiotem historii. Próba unieważnienia tej prawdy jest utopią, która wcześniej czy później zemści się na tych, którzy uwierzą, że możliwe jest zastąpienie narodów jakimś "szerszym", "większym" czy bardziej "ambitnym" projektem.



Ta utopia jest tylko parawanem dla skrywania interesów indywidualnych, grupowych czy nacjonalistycznych innych państw. Zadaniem narodowego przywództwa nie jest dostosowywanie naszego państwa ani naszego Narodu do tych "ambitnych" projektów, ale budowanie godnego miejsca w rodzinie wolnych narodów dla własnej wspólnoty, budowanie narodowej siły, gwarantującej jej bezpieczeństwo i rozwój, siły nie tylko ekonomicznej, ale także demograficznej, kulturowej, a zwłaszcza moralnej. Bo to człowiek żyjący w narodowej wspólnocie, a nie ślepe siły historii są jej motorem.



Dziś, tak jak w czasach saskich, państwowe "przywództwo" staje się przeszodą w narodowym odrodzeniu i rozwoju, nie tylko ze względu na bezmyślne samozadowolenie i rezygnację z narodowej polityki, ale także dlatego, że coraz bardziej prowadzi politykę destrukcji moralnych i patriotycznych zasobów naszego Narodu.



Gdy w drugiej połowie XVIII w. nastąpiło wątłe przebudzenie narodowe Polaków, było już właściwie za późno na uratowanie państwa i niepodległości. Miejmy nadzieję, że skuteczniej niż naszym pradziadom uda się nam przeciwstawić współczesnym zagrożeniom.



Źródło: Nasz Dziennik

Spoty telewizyjne

Kandydaci Prawicy Rzeczypospolitej w okręgach