Publikacje

29.06.2012 | autor: Marian Piłka

Nasz Dziennik - Marian Piłka: Unia Niemiecka

Nasz Dziennik - Marian Piłka: Unia Niemiecka



Dla państw o niższym poziomie rozwoju niż najbardziej rozwinięte europejskie gospodarki euro stało się barierą rozwojową. Dlatego tym państwom Unia Europejska nie powinna przeszkadzać w powrocie do waluty narodowej. Także Polska, która w traktacie akcesyjnym zobowiązała się do przyjęcia euro (choć bez określenia wiążącej daty), w świetle totalnej zmiany reguł unii walutowej spowodowanej podpisaniem traktatu fiskalnego powinna zadeklarować, zarówno na poziomie parlamentu, jak i w oficjalnym stanowisku rządu, że w tej sytuacji przyjęte zobowiązania wygasły.







Miecz i pieniądz

Obecny kryzys zadłużeniowy i gospodarczy Unii Europejskiej nie jest zjawiskiem incydentalnym, ale przejawem narastającego zagrożenia dla suwerenności i rozwoju ekonomicznego państw członkowskich.





Koncepcja integracji europejskiej zmierzającej do faktycznej likwidacji państw narodowych i w ich miejsce stworzenia ponadnarodowego imperium okazała się utopią. Jej najważniejszymi etapami było wprowadzenie wspólnej waluty euro i przyjęcie traktatu lizbońskiego, który zredukował znaczenie mniejszych państw.



Jak przyznał były przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi, wspólna waluta nie była projektem ekonomicznym, ale politycznym. Prodi stwierdził, że państwo narodowe ma dwa filary: "miecz i pieniądz". Ten drugi filar poprzez wprowadzenie euro miał zostać obalony, by w następnym etapie rozpocząć budowę ponadnarodowego imperium, zdolnego do konkurencji przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi.



Ów projekt, jak każda utopijna wizja, jest parawanem zakrywającym realne interesy i ambicje tych, którzy uzurpują sobie prawo do definiowania "europejskiego" interesu. Temu miał właśnie służyć traktat lizboński, który przekształcił Unię Europejską z organizacji, przynajmniej teoretycznie równych państw, w twór zdominowany przez tandem niemiecko-francuski.



Same Niemcy nie były wówczas w stanie przeforsować nowej architektury Unii, więc teoretycznie pogodziły się z koniecznością współpracy ze swym historycznym konkurentem. Jednak dysproporcje potencjałów ekonomicznych wraz z negatywnym wpływem wspólnej waluty na dynamikę rozwojową gospodarki francuskiej podważyły ambicje Francji do równoprawnej pozycji w duecie. Niemcy respektowały prestiżową pozycję Francji za cenę politycznego podporządkowania jej polityki niemieckim interesom. Bo właśnie Niemcy okazały się praktycznie jedynym beneficjentem wspólnej waluty.



Dyktat Berlina

W wyniku traktatu lizbońskiego i kryzysu europejskiego Unia Europejska przekształca się w Unię Niemiecką. To Niemcy coraz bardziej definiują "europejskie" interesy i dyktują unijną politykę. Innym państwom pozostaje jedynie aprobata albo mniej lub bardziej skuteczny sprzeciw.



Dziś głównym instrumentem pozbawiania państw członkowskich ich suwerennych atrybutów i podporządkowywania ich niemieckiemu dyktatowi jest kwestia przezwyciężania kryzysu strefy euro i "ratowania" euro jako instrumentu niemieckiej dominacji gospodarczo-politycznej w UE. Dotyczy to nie tylko państw posiadających wspólną walutę, ale praktycznie wszystkich państw członkowskich.





Rząd Donalda Tuska wbrew dotychczasowym, negatywnym doświadczeniom wspólnej waluty, nadal forsuje jej przyjęcie w najbliższym możliwym czasie, nie bacząc, że pomimo bańki kredytowej euro przyczyniło się do osłabienia wzrostu słabszych niż niemiecka gospodarek państw członkowskich.



Już w 2008 roku można było porównać średni wzrost gospodarczy tych państw, które przyjęły wspólną walutę, z Wielką Brytanią, Danią i Szwecją, które zachowały waluty narodowe. W tych ostatnich wzrost gospodarczy był wyraźnie wyższy. Polska gospodarka nie tylko nie była na tym samym poziomie rozwoju gospodarczego, co niemiecka, a to dopiero dawałoby jej ekonomiczne korzyści ze wspólnej waluty, ale była i jest na niższym szczeblu nawet niż kraje południowe strefy euro, których wzrost wyraźnie przyhamowało wprowadzenie wspólnej waluty.



Posiadanie przez Polskę własnej waluty zamortyzowało skutki kryzysu gospodarczego w strefie euro i uchroniło nasz kraj od recesji, czyniąc nasz eksport bardziej konkurencyjnym dzięki osłabieniu złotego. Ponadto na wprowadzeniu euro na Słowacji i sztywnym związaniu litewskiego lita z euro skorzystała... gospodarka polska. Zarówno konsumenci niemieccy, słowaccy, jak i litewscy ruszyli do polskich przygranicznych sklepów, nakręcając polską koniunkturę w handlu.



Narastający kryzys w strefie euro ujawnił utopijność projektu politycznego. Euro stało się barierą rozwojową wielu państw, a niskie oprocentowanie kredytów w okresie poprzedzającym sam kryzys przyczyniło się do niekontrolowanego wzrostu zadłużenia państw i społeczeństw, jak też do wzrostu deficytu handlowego. Już fiasko strategii lizbońskiej, która miała uczynić do roku 2010 europejską gospodarkę najbardziej innowacyjną w świecie, powinno stać się dzwonkiem alarmowym przed dalszą ekspansją strefy euro.



Walutowy "Titanic"

Kryzys ujawnił konieczność rezygnacji ze wspólnej waluty i powrotu do walut narodowych, przynajmniej w państwach, których poziom rozwoju gospodarczego jest wyraźnie niższy niż poziom gospodarki niemieckiej.



Bez powrotu do walut narodowych trudno wyobrazić sobie wejście tych gospodarek na ścieżkę rozwoju. Natomiast ratowanie strefy euro za wszelką cenę oznacza tylko przeciąganie kryzysu i tym samym wzrost jego ekonomicznych i społecznych kosztów. A taką właśnie politykę przyjęły Niemcy. To one przeforsowały traktat fiskalny ograniczający suwerenność budżetową państw członkowskich i utrwalający, w krajach dotkniętych kryzysem zadłużeniowym, spadek gospodarczy. Traktat fiskalny oznacza dla zadłużonych państw euro kontynuowanie tej samej drogi, która doprowadziła do kryzysu.





Dlatego upór polskiego rządu dotyczący uczestnictwa w zobowiązaniach wynikających z wymogów paktu fiskalnego jest działaniem sprzecznym z jakąkolwiek racjonalnością. Premier i najwyżsi urzędnicy rządu tłumaczą zaangażowanie w forsowanie paktu fiskalnego koniecznością uczestnictwa w głównym nurcie decyzyjnym Unii Europejskiej. W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii i Republiki Czeskiej, które zdecydowały się odrzucić uczestnictwo w pakcie, rząd Polski, realizując koncepcję "prymusa" Europy, stał się gloryfikatorem paktu ograniczającego suwerenne prawa polskich obywateli do kształtowania własnej polityki budżetowej.



Ale pakt jest także instytucjonalnym zobowiązaniem do przyjęcia, wbrew opinii większości Polaków, wspólnej waluty. Traktat bowiem wprowadza te same restrykcje wobec polskiej polityki budżetowej, do jakiej zobowiązują się państwa strefy euro. Donald Tusk tłumaczy ten akt, podobnie jak uczestnictwo finansowe w ratowaniu niemieckich i francuskich banków poprzez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, "solidarnością europejską". Ale to taki rodzaj "solidarności", która utwierdza narody europejskie w trwaniu na walutowym "Titanicu".





W tej sytuacji działania rządu zmierzające do ratyfikacji traktatu fiskalnego są wymierzone w fundamentalne interesy naszego Narodu. Ich konsekwencją będzie zablokowanie szans rozwojowych naszej gospodarki. To decyzja skazująca nas na trwałą peryferyjność zarówno w wymiarze ekonomicznym, jak i politycznym. Traktat fiskalny, podobnie jak projektowana unia bankowa, jest tworzeniem warunków ustrojowych, w których samo przyjęcie euro stanie się tylko formalnością. A zatem zasadnicza decyzja o zmianie waluty zapada bez wiedzy polskiego społeczeństwa i dlatego traktat fiskalny i projektowane nowe rozwiązania "pogłębiające" integrację powinny spotkać się ze zdecydowanym sprzeciwem.





Źródło: Nasz Dziennik

Spoty telewizyjne

Kandydaci Prawicy Rzeczypospolitej w okręgach